Pada i pada, burza za burzą. Białe lance błyskawic tną niebo nad miastem. Huk rozdzieranego firmamentu jak nieludzka skarga złamanego ciała paraliżuje nasze zmysły. To nieogarnięte cierpienie żywiołu, który szlocha pocięty bólem brudnego miasta, zniszczonej atmosfery, pomazanych budynków, zaśmieconych ulic. To cierpienie planety skażonej niewyobrażalnymi torturami ludzkiej inkwizycji zalewa nas strugą łez. W szarości, w smutku, w drganiu powietrza, w kałużach płaczu mamy takie małe, wrocławskie katharsis. W takie melancholijne wieczory, patrząc przez już niepełny kieliszek wina możemy spojrzeć w głębie swego smutku. Kiedy to się skończy?
W deszczu
W mieście pada jeszcze deszcz,
jak srebrne kropelki smutku
i zagrał cichutko świerszcz
wśród kapeluszy krasnoludków.
Latarnie ćmią w mroku ulic
gdy deszcz kradnie światło,
na bruku moknie rdzawy liść
z drzewa, które już nie zakwitnie.
Wszystkie pomniki opuszczone
- pamięć w czasie zagubiona
wystają z mroku, lśnią zamglone,
czernią się i toną porzucone.
Czarny, mokry szum śpiewa
wśród kolorowych dachów,
na skrzyżowaniach woda rozmywa
wspomnienia bursztynowych szlaków.
W centrum, puste ławki śnią
minionym blaskiem radości.
Wyrzeźbieni nędznicy drwią
z niespełnionej miłości.
W zielonych parkach cmentarzy
z liści zmywa cierpienie
spienione uczucia wrzą,
a w oczach gasną płomienie.
Grzegorz Stępień